Cudam widział! Ale co najlepsze, zostawiłem dla Was...

Cudam widział! Ale co najlepsze, zostawiłem dla Was...

Ostatnie tygodnie to dla mnie bardzo ciekawy okres. Od grudnia „zaliczyłem” wszystkie trzy kominki w Warszawie – oczywiście te prawdziwe, nie liczę kominków fejkowych, których era rozkwita na naszych oczach (i mocno razi). Dwa z nich prowadziła grupa Animactive Events (w rolach głównych imć Flircik i lady RumiAnka), jeden zaś sir Sebastian i lady Maja z Będzie Się Działo. Dla niewtajemniczonych - kominek to spotkanie "przy palenisku" urządzane dla osób zainteresowanych jakimś widowiskiem. W naszym przypadku jest to oczywiście wspólne granie w grę Hearthstone (nierzadko w turnieju), wymienianie poglądów i luźne rozmowy na tematy związane z tą aplikacją, natomiast palenisko jest zazwyczaj symboliczne, jak widać na poniższym zdjęciu.



Zanim przejdę do samych wydarzeń, słów parę o rzeczach może nie dla wszystkich oczywistych. W zeszłym tygodniu mieliśmy okazję oglądać Finały Mistrzostw Świata w Hearthstone, które jak może niektórzy z was wiedzą, zakończyły się zwycięstwem Toma, zawodnika z Tajwanu. My jednak się nie zatrzymujemy. Wraz z zakończeniem tego sezonu Hearthstone Championship Tour zaczyna się bowiem kolejny. Podczas jego trwania odbędą się zimowe kwalifikacje Tavern Hero, które pojawiły się już 19 stycznia, a zakończą się 4 marca. Oznacza to, że karczmy zostały na nowo otwarte nawet przed oficjalnym zakończeniem tamtego sezonu HCT, czyli końcem finału Mistrzostw Świata w Amsterdamie.


W poprzednim artykule pisałem, że najbardziej emocjonującą stroną Hearthstone'a jest dla mnie możliwość grania w turniejach. Jak już wspomniałem na wstępie, odwiedziłem na przełomie grudnia i stycznia kilka kominków. Teraz opowiem Wam trochę o tym, co się na nich działo.


Pierwszy kominek...

Pierwszego dnia tego Tour (było to 10 grudnia) przyjechałem dosyć wcześnie pod Halę Mirowską. Od tej strony zachodzi się do baru New Meta równie szybko co od Ronda ONZ. Tam właśnie miał się odbyć tego dnia kominek. Bądź co bądź, podążyłem dziarsko w kierunku wydarzenia, okryty przedziwną aurą ni to półmroku, ni rozanielenia – pogoda była pochmurna, ale szedłem dosyć raźno, z dozą ekscytacji i niepokoju naraz.

Dotarłem na miejsce jako jedna z nielicznych jeszcze osób. Jak pamiętam, gdy pojawiłem się tam po raz pierwszy w ogóle, byłem niezmiernie zdziwiony, że nigdy nie odwiedziłem, ani nawet nie słyszałem o tym barze. Od razu bowiem po przywitaniu z organizatorami przykuły moją uwagę gry planszowe ustawione na ladzie z lewej strony (zaraz przy wejściu). A że jestem zamiłowanym fanatykiem gier bez prądu, to nie umknęło mojej uwadze, że TU JEST ZAJEBIŚCIE. W barze New Meta organizuje się różne eventy, mają tam miejsce imprezy i ogólnie jest to miejsce niesamowite do spotkań, zarówno dla miłośników gier, jak i dla tych, którzy pragną miło spędzić czas w gronie przyjaciół. Bar jest dobrze wyposażony, sprzęty są solidne i w fajnym retro stylu. Dla tych, których interesuje growy aspekt lokalu, jest tam naprawdę sporo stanowisk komputerowych, a także konsole. Ja osobiście od jakiegoś czasu (poza Heartstonem oczywiście) wolę bawić się papierem i tekturą niż pikselami, więc przy okazji rzuciłem okiem na niezwykłą kolekcjonerską wersję Carcassonne z 11 dodatkami w środku jednocześnie!

No i przejdźmy wreszcie do sedna. Turniej odbył się w dwóch grupach po 6 graczy, systemem „każdy z każdym”, po czym doszło do półfinałów. Ostatecznie zdobyłem 2 miejsce i, osiągając je już czwarty raz, zadumałem się na chwilę, skąd to drugie miejsce się przypałętało? Bo że się do mnie przykleiło, nie ulega wątpliwości. No cóż, takie fatum bycia drugim.

Na turnieju doszło do ciekawych wydarzeń i niezwykłych odkryć. Już na wstępie ktoś wydropił koledze złotego Van Cleefa. Jak się później dowiedziałem, ten Mistrz Otwierania Paczek otwiera średnio 7 legend na 50 paczek – przynajmniej tych promocyjnych i szczególnie z dodatku Koboldy i Katakumby. Zazdroszczę takiej ręki do odkrywania kart.

Flircik, czyli organizator, nazywając to wydarzenie „Hearthstone'owe Mikołajki” nie był gołosłowny, gdyż osobiście wystąpił w stroju Świętego Mikołaja! Także atmosfera była taka już świąteczna i grało się rzeczywiście przyjemnie i niemal rodzinnie. Rywalizacja nie zajmowała nas tak mocno jak ostatnim razem w tym miejscu (w jednym pojedynku grając Fatigue Warriorem przeciw Jade Druidowi dobierałem już same murloki i tak przewijałem talię przeciwnika doprowadzając go w końcu do fatygi i mając go na widelcu, doszedłem do momentu w którym przerwała partię terminacja, która ustaliła wynik na remis – w czym dopomógł mocno przeciwnik, bo pod koniec grał już na czas [: ), więc przedświątecznego klimatu nic nie zaburzyło. Cały turniej wygrał Hammersmith, a na podium znaleźli się też Kungsan i Szydera.


Drugi kominek... (trzeci chronologicznie)

Po raz trzeci w tym miejscu odbyły się już najświeższe „Finały Mistrzostw Świata Hearthstone w Warszawie”. Taką nazwę nadał temu wydarzeniu ponowny organizator turnieju w tym miejscu, czyli Flircik ze swoją małżonką RumiAnką. Dwudziestego stycznia wielu z moich znajomych pojawiło się na tym kominku, ale mi tym razem nie poszło najlepiej. Odpadłem w turnieju szwajcarskim jako 11-sty. Miałem znakomitą obstawę, bo za mną i przede mną byli moi dwaj kumple, czyli Termys i Varda. Tym razem dalej awansowało 8 osób i rozegrano jeszcze ćwierćfinały, półfinały i finał, w którym triumfował Tommy nad DeltaZero, a miejsce 3-cie podzielili Cogito i HMS. Na wyróżnienie zasługuje postawa 11-letniej uczestniczki rozgrywek – HMS która, z tego co udało mi się dowiedzieć, grała samymi najagresywniejszymi wersjami decków – Pirate Warriorem, Aggro Druidem i Face Hunterem. Brawo za odwagę! I umiejętności, rzecz jasna :)


Był to naprawdę wyjątkowy dzień. Okolica, zasypana śniegiem, nadawała chwili sielski, zimowy nastrój. I tamtego dnia udało mi się przyjść wcześnie jak na ilość obecnych już osób, ale tym razem przypadkowo dałem czadu, bo nie było jeszcze nikogo. Poszedłem więc do pobliskiej Biedy. Gdy wracałem okazało się, że bar został otwarty przez właściciela, i ja, a po mnie też kolega, który stwierdził, że był pod barem 2 godziny przede mną XD, rozgościliśmy się w ciepłym i przyjemnym środku. Także w tym dniu dominował jeden nastrojowy czynnik, który podkręcał atmosferę. Tak jak ostatnio były to nadchodzące Święta Bożego Narodzenia, tak teraz bodziec do podekscytowanych rozmów stanowiły Finały Mistrzostw Świata w Hearthstone. Muszę przyznać, że były to bardzo emocjonujące Mistrzostwa – bogate w przepiękne zagrania i niezwykłe zwroty akcji. Szczególnie zapadło mi w pamięć zagranie Frozena w meczu z Tomem. Mam na myśli pojedynek Control Maga z Jade Druidem. Bardzo mocnego zagrania doczekaliśmy się w samej końcówce, kiedy z topdecku Frozen zagrał Tajemnego Artefaktora (Arcane Artificer), sczyścił stół Falą Płomieni i dostawił pingiem Żywiołaka Wody. Z przegranej partii w jednej chwili stał się jej zwycięzcą! Szacunek dla tego pana ;)


Trzeci kominek... (ten "w środku")

I na koniec ostatni turniej – który odbył się pomiędzy pozostałymi dwoma, a dokładnie 13 stycznia w Localu na Mokotowie. Organizatorzy zapewnili graczom bardzo smpatyczną, kameralną atmosferę, zaś zabawa trwała z przeciągnięciem się wystarczająco chyba długo, zapewniając godziny móżdżenia nad Hearthstonem i wycisk mięśniom śród-obwodowym czaszki. Graliśmy w dwóch nierównych grupach - jedna złożona z 5 a druga z 6 graczy, co spowodowało "lekki" dysonans w długości trwania meczów "każdy z każdym" w obu grupach (prawdę mówiąc to moje mecze były niejako powodem tego przeciągnięcia, grałem bowiem Mill deckami, które to kontrolne mendy potrafią przeciągnąć rozgrywkę dosyć wyraźnie). Zwyciężył Oskar, a ja... byłem drugi. Samych organizatorów trzeba pochwalić podobnie jak poprzednich, z tym że w tym przypadku byli oni dla nas jak ojciec, bo choć nie odgrywali żadnych przebieranych ról, ani nie fundowali maskotek za pierwsze miejsca, to byli oparciem i ostoją spokoju. Przy nich czuło się swobodę i przypływ chęci do działania.


A co dalej?

Takie moje wrażenia. I myślę, że zarówno Animactive, jak i Będzie Się Działo, spisali się na piątkę i zasługują na respekt za swoje działania. Ja chylę czoła dla ich wkładu i pracy, oraz innych osób organizujących kominki, o których chwilowo nie wspomniałem. I czekam na kolejne wydarzenia z niecierpliwym entuzjazmem.