Elazer i inni goście z Zachodu, czyli o foreignerach w GSL słów kilka!

Elazer i inni goście z Zachodu, czyli o foreignerach w GSL słów kilka!

Rozpoczynający się w środę 5. lipca Sezon 3 GSL code S 2017 zapisał się na kartach historii jeszcze przed inauguracją. Czy najliczniejsza w historii tych rozgrywek reprezentacja zawodników spoza Półwyspu Koreańskiego zdoła zagrozić lokalnym faworytom?

Historia nie była zbyt łaskawa dla przybyszów z Zachodu, którzy próbowali swych sił w walce z koreańskim panteonem. Bardzo trafny zapis dotychczasowych sukcesów "foreignersów" w GSL można znaleźć w artykule Artosisa z marca tego roku. W dużym skrócie: już sam awans zawodnika spoza Korei do Ro32 Code S uznawany jest za duże wydarzenie.


Beczka miodu

W roku 2017 ten schemat uległ jednak nieznacznej zmianie. W każdym z tegorocznych sezonów GSL Zachód miał swojego reprezentanta. Duży w tym udział Scarlett, dla której występ w obecnej edycji Code S będzie trzecim z rzędu. Oprócz Kanadyjki, w rozpoczynającej się od najbliższej środy edycji, zobaczymy również majOr'a (T) oraz Elazera (Z). Zwłaszcza pojawienie się drugiego z wymienionych w gronie zakwalifikowanych do fazy grupowej GSL uważane jest za sporą niespodziankę. Dobrze znany rodzimej publiczności Mikołaj Ogonowski ostatnio nieco rzadziej brał udział w turniejach na najwyższym poziomie, co było podyktowane koniecznością skupienia się na edukacji. Zameldowanie się w elitarnym gronie zawodników GSL z pewnością należy uznać za bardzo udany powrót na salony Starcrafta.

Mikołaj "Elazer" Ogonowski

Co zyskujemy?

Obecność tak dużej ilości graczy o niekoreańskim rodowodzie niesie za sobą wiele korzyści, z których nie wszystkie są dla nas oczywiste na pierwszy rzut oka.

Przede wszystkim jest to doskonała okazja dla zawodników by lepiej poznać specyfikę oraz styl gry koreańskich graczy. Niewielu europejskich graczy ma szansę zmierzenia się z trzema Koreańczykami w jednym turnieju. Format rozgrywek GSL daje taką możliwość, nie uzależniając możliwości rozegrania kolejnego meczu od zwycięstwa w swoim pierwszym spotkaniu. Każde takie doświadczenie jest na wagę złota, zwłaszcza w perspektywie nieuniknionych przyszłych starć w WCS.

Kolejnym czynnikiem, którego nie można przecenić w kontekście pojedynków Koreańsko-niekoreańskich jest inspiracja. Zachodnia scena Starcrafta pełnymi garściami importuje strategie i pomysły na grę ze wschodu, a nie ma lepszej metody nauczenia się nowych rozwiązań niż przetestowanie ich w walce. Świetnym przykładem tego, jak wiele można wynieść z pojedynków GSL jest zwycięzca poprzedniej edycji - GuMiho. Po sromotnych porażkach z sezonu 1, zdołał przekuć te doświadczenia w sukces by zwyciężyć w kolejnym sezonie rozgrywek.

Duża liczba zachodnich graczy wpłynie również dodatnio na popularyzację tej formuły wśród fanów z Ameryki i Europy. Już w poprzednich sezonach wyraźnie było widać większe zainteresowanie meczami, w których grała Scarlett, w porównaniu do innych pojedynków GSL.

Również sami zawodnicy mogą liczyć na większą rozpoznawalność na światowej scenie i zdobycie nowych fanów. Wszyscy uwielbiamy "underdog story" i podświadomie życzymy sobie by pojawił się ktoś, kto będzie w stanie utrzeć nosa koreańskim mistrzom. W pojedynkach Zachodu z Koreą, cały zachodni świat sc2 staje murem po stronie "naszego", niezależnie czy pochodzi z USA, Brazylii czy Ukrainy. Pamiętacie co się działo kiedy Ptak (T) niszczył Koreańczyków w NW4 (kluczowy moment 30:20)?



Łyżka dziegciu

GSL ma wiele do zaoferowania, jednak nic nie daje za darmo. Zawodnicy przechodzą przez morderczy okres przygotowawczy a następnie wyciskają z siebie wszystko na scenie. W kolejnych tygodniach walczą z najlepszymi z najlepszych i... wracają do domu z niewielką zdobyczą punktową i wątpliwościami czy było warto. Owszem, nawet zawodnicy z miejsc 25-32 wzbogacą się o 2,5 tysiąca dolarów, jednak nagrody finansowe w tym turnieju są znacznie niższe, niż w zawodach serii DreamHack, IEM czy WCS.

Code S to przede wszystkim prestiż: pojedynki wielkich mistrzów, historie niemal żywcem wyjęte z filmów Kurosawy. Podobnie jak Japonia w okresie Edo, GSL to elitarny krągj jednostek, z wyższością patrzący na każdego kto próbuje się doń przebić. MajOr, Elazer, Scarlett... przed nimi trudne zadanie, ale nie dlatego, że są wyraźnie gorsi, niż gospodarze. Największą trudnością do przezwyciężenia może okazać się fakt, że nikt nawet nie potraktuje ich tam poważnie.


Ostrożny optymizm

Podsumowując: najliczniejsza reprezentacja zachodu w historii GSL ma przed sobą niezwykle trudne zadanie. Za największy sukces uznam jednak nie osiągnięcie przez któregoś z naszych czempionów rezultatu mierzonego miejscem w kolejności, nagrodą pieniężną czy punktową. Według mnie kluczowe jest maksymalne wykorzystanie potencjału edukacyjnego tego turnieju. Sukces GuMiho z ubiegłego sezonu jest najlepszym dowodem na to, że w Code S można coś osiągnąć jedynie poprzez powtarzalność i systematyczność. Nie załamujmy więc rąk, jeśli Elazer czy Scarlett nie zdołają awansować do kolejnej rundy. Gwarantuję Wam, że przygotowania i udział w GSL mogą wnieść sporo nowego życia w całą scenę, zarówno na wschodzie jak i na zachodzie. Ostatecznie, impulsem do zakończenia epoki dziejowej stagnacji w historii Japonii były właśnie innowacje, które dotarły na Daleki Wschód z Europy i Ameryki Północnej...

Scena z filmu "Ostatni Samuraj" 2003, reż. Edward Zwick.

Początek zmagań w sezonie 3 GSL Code S 2017 już w najbliższą środę. W pierwszej kolejności zobaczymy walkę w grupie A, w skład której wchodzi Elazer. Trzymamy kciuki za naszego reprezentanta, który w meczu otwarcia zmierzy się ze zwycięzcą poprzedniej edycji!