Before the Storm – fragment nowej książki w uniwersum Warcraft.

Before the Storm – fragment nowej książki w uniwersum Warcraft.

Wczoraj do sieci trafił prolog książki Before the Storm, najnowszego dzieła Christie Golden.

O nowej powieści z uniwersum Warcrafta pisaliśmy już kilka tygodni temu, w tym poście.

Prolog został dołączony do tegorocznego goodie baga, który otrzyma każdy uczestnik BlizzConu.

Fragment nawiązuje do rany jaka ma powstać w Silithus. Dwójka goblinów, która prowadziła tam badania znalazła coś, co ma im dać przewagę nad konkurencją. Narracja drugiej części prologu prowadzona jest z perspektywy Sylvanas Windrunner. Nowa przywódczyni Hordy szykuje się do uroczystego marszu po Orgrimarze, mającego uczcić zwycięstwo na Broken Shore. Przed samą uroczystością dostaje raport od Nahanosa Marrisa, z którego wynika że podczas jej nieobecności w Undercity Opuszczeni stworzyli radę – Desolate Council. Jej członkowie nie zgadzają się z planem Sylvanas, która chce zagwarantować swoim poddanym wieczną egzystencję. Najbardziej interesującą wiadomością jest jednak planowany przez Królową Banshee atak na Stormwind.

Tłumaczenie możecie znaleźć poniżej.


=====================================================


Kezzik Klackwhistle wyprostował się w miejscu, w którym klęczał tak długo, że wydawać się to mogło dekadą. Z ręką na krzyżu i grymasem na twarzy słuchał strzykających kości. Oblizał spierzchnięte wargi i rozejrzał się dookoła. Słońce bezlitośnie raziło w oczy, a upał uparcie wyciskał krople potu z jego karku. Próbował wycierać się chusteczką, ale ta była już sztywna.

Tu i ówdzie krążyły ciasno skupione chmary owadów. Oczywiście, był też piasek. Wszędzie. Prędzej czy później, duża jego część znajdzie się pod ubraniem goblina, zupełnie jak wczoraj.

Bogowie, Silithus był paskudnym miejscem.

- Jixil? – zagaił kompana, który właśnie badał lewitujący nad ziemią kamień przy pomocy Spect-o-Matic 4000.

- Ta? – drugi goblin spojrzał badawczo na wyniki, pokręcił głową i zaczął pomiar jeszcze raz.

- Nienawidzę tego miejsca.

- Czyżby? W ogóle po Tobie nie widać – mniejszy z goblinów spojrzał wściekle na urządzenie i uderzył w nie z donośnym pacnięciem.

- Ha ha. Bardzo śmieszne – burknął Kezzig – Nie, mówię poważnie.

Jixil westchnął, z trudem przesunął urządzenie i zaczął skanowanie drugiego kamienia.

- Wszyscy nienawidzimy tego miejsca, Kezzig.

- Nie, ja mówię naprawdę poważnie. Nie jestem przystosowany do takiego środowiska. Do tej pory pracowałem w Winterspring. Jestem kochającym śnieg, ściśnijmy-się-przy-ognisku, Wesołych-Świąt goblinem.

Jixil posłał mu badawcze spojrzenie.

- Co się stało, że znalazłeś się tutaj zamiast zostać tam, gdzie mnie nie irytowałeś?

Kezzig skrzywił się pocierając kark.

- Panna Lunnix Sprocketslip się stała. Widzisz, pracowałem w jej sklepie z zaopatrzeniem górniczym. Czasem dorabiałem też jako przewodnik dla podróżnych przybywających, do naszej przytulnej wioseczki - Everlook. Lunny i ja. Jakby. No wiesz – uśmiechnął się pod nosem, po czym spochmurniał. – Potem ona dostała szału, kiedy nakryła mnie z Gogo.

- Gogo – Jixil powtórzył – Boże, dlaczegóż to Lunnix miałaby się wściekać o to, że zadajesz się z dziewczyną o imieniu Gogo?

- No nie? Daj spokój. Wiesz, tam robi się naprawdę zimno. Chłop, chce czy nie, musi przytulać się do innych, inaczej zamarzłby na śmierć. Tak czy inaczej, nagle to miejsce stało się gorętsze od południa tutaj.

Wzdychając Kezzig dźwignął torbę ze sprzętem, zarzucił na ramiona i dotaszczył ją do miejsca, w którym Jixil liczył na lepsze wyniki. Zsunął tobół z pleców, który ze szczękiem sprzętów w środku upadł na ziemię.

- Nienawidzę piasku, nienawidzę słońca i, o stary, nienawidzę tych cholernych robaków. Nienawidzę tych małych robali, które wpełzają Ci do nosa i uszu. Nie cierpię tych dużych robali, bo to, cholera, duże robale. Rozumiesz, kto mógłby tego nie nienawidzić? To taka uniwersalna nienawiść. Z tym, że moja płonie z siłą tysiąca słońc.

- Myślałem, że nienawidzisz słońc.

- No tak, ale…

Jixil stężał. Jego purpurowe oczy wpatrzone były w Spect-o-Matic.

- To, co chciałem powiedzieć to…

- Zamknij się idioto! – warknął Jixil. Kezzig też zaczął wpatrywać się w instrument.

A ten szalał.

Jego mała igiełka miotała się na lewo i prawo. Światełko na górze błyskało wściekłą czerwienią.

Dwa gobliny popatrzyły po sobie.

- Wiesz co to oznacza? – głos Jixila drżał.

Kezzig rozciągnął usta w uśmiechu odsłaniając żółte zęby. Zacisnął dłoń w pięść i uderzył w wierzch drugiej dłoni.

- To znaczy, że wyeliminujemy naszych rywali.

Sylvanas Windrunner, byłej generał Silvermoon, Czarnej Pani Opuszczonych i obecnej przywódczyni potężnej Hordy, kazano przybyć do Orgrimmaru. Zupełnie jak pieskowi, aby pokazał swoje sztuczki. Chciała wrócić do Undercity. Tęskniła za jego cieniami, wilgocią i martwym spokojem. Spoczywaj w pokoju, pomyślała ponuro i uśmiechnęła się pod nosem. Uśmiech spełzł z jej ust niemal od razu, kiedy przypomniała sobie, że nadal zmierza do niewielkiej komnaty za tronem wodza w Grommash Hold.

Kilka lat temu Grommash Hellscream urządził wspaniałe święto w Orgrimarze, aby celebrować zakończenie kampanii w Northrend. Nie był wtedy Wodzem, jeszcze nie. Urządził paradę, w której brał udział każdy weteran. Ich droga wyściełana była sosnowymi gałązkami a parada zwieńczona została huczną ucztą. Kiedy odznaczenia zostały rozdane, wszystkie karczmy w mieście suto ugościły tych, którzy walczyli dla Hordy. Było ekstrawagancko i drogo.

Sylvanas nie miała zamiaru iść w ślady Hellscreama. Nie tylko w tej sytuacji, ale też żadnej innej. Był arogancki, brutalny i impulsywny. Sylvanas czuła do niego wstręt i konspirowała przeciwko niemu. Niestety, bez powodzenia. Nie udało im się zabić wodza Hordy, nawet po tym, kiedy został aresztowany i osądzony za swoje zbrodnie. Jego decyzja o ataku na Theramore z użyciem dewastującej bomby many, ciążyła na sumieniu delikatniejszych ras. Jedyne co spędzało sen z powiek Sylvanas, to złe wyczucie czasu orka.

Kiedy w końcu doszło do nieuniknionego, Garrosh został zamordowany. Taki obrót spraw cieszył Sylvanas. Żałowała jedynie, że to nie jej przyszło pozbawić go życia.

Varok Saurfang, lider orków i Baine Blodhoof, przywódca taurenów, również nie dażyli sympatią do Garrosha. Popchęli jednak Sylvanas do zorganizowania marszu, który miał wieńczyć obecną wojnę.

„Dzielni członkowie Hordy, którym przewodziłaś, walczyli i umierali by upewnić się, że Legion nie zniszczy naszego świata tak, jak uczynił z wieloma innymi” napominał młody tauren. Był o krok od otwartego karcenia jej.

Sylvanas przypomniała sobie delikatne ostrzeżenie Saurfanga. A może groźbę? „Jesteś przywódczynią całej Hordy – orków, taurenów, trolli, krwawych elfów, goblinów tak samo, jak swoich Opuszczonych. Nigdy nie wolno Ci o tym zapomnieć, w innym wypadku… oni mogą.”

„To, o czym nie zapomnę orku” pomyślała, czując jak gniew wzbiera w niej na nowo „to właśnie te słowa”.

Przystanęła, jej czujne uszy wychwyciły dźwięk znajomych kroków. Wygarbowana skóra, która służyła jako zasłona odsunęła się na bok i przybysz wszedł.

- Spóźniłeś się. Jeszcze kwadrans i zmuszona byłabym do marszu bez czempiona u mojego boku.

- Wybacz, królowo. Zajmowałem się Twoją sprawą, zajęło to jednak dłużej niż oczekiwałem – ukłonił się.

Była nieuzbrojona, on jednak miał ze sobą łuk i kołczan pełen strzał. Jedyny człowiek, który kiedykolwiek został łowcą i to ogromnie utalentowanym. Dlatego właśnie był najlepszym ochroniarzem, którego Sylvanas mogła kiedykolwiek mieć. Nie był to jednak jedyny powód. Ich znajomość sięgała dalekiej przeszłości, czasów, kiedy połączyła ich walka pod pięknym i promienistym słońcem o rozświetloną nim ojczyznę.

Śmierć przyszła po nich z nich, zarówno człowieka jak i elfkę. Niewiele było teraz piękne i promieniste. Teraźniejszość, którą dzielą teraz stała się wyblakła i zamglona.

Niecała.

Sylvanas zostawiła większość emocji w momencie, kiedy powstała z martwych jako banshee. Gniew gorzał tak samo jasno, teraz jednak czuła jak przygasa. Nigdy nie mogła się długo złościć na Nathanosa Marrisa, zwanego Brightcallerem. Co więcej, naprawdę zajmował się jej sprawami w Undercity, kiedy ona była uziemiona jej obowiązkami w Orgrimmarze.

Miała ochotę sięgnąć do jego dłoni. Zdusiła jednak to uczucie. Zamiast tego uśmiechnęła się dobrotliwie i odpowiedziała:

- Wybaczam. Teraz powiedz mi o naszym domu.

Sylvanas spodziewała się zwięzłego raportu na temat małych bolączek jej poddanych i zapewnienia o ich lojalności wobec swojej Pani. Zamiast tego Nathanos skrzywił się i powiedział:

- Sytuacja jest… skomplikowana, moja Pani.

Uśmiech znikł z jej twarzy. Co niby mogło być „skomplikowane”? Undercity należało do Opuszczonych, a oni byli jej ludźmi.

- Twoja nieobecność doskwiera – zaczął – wielu z nas jest dumnych, że przywódcą Hordy jest jeden z Opuszczonych. Są jednak tacy, którzy uważają, że mogłaś zapomnieć o tych, którzy byli Ci lojalni jak nikt inny.

Zaśmiała się ostro i bez radości w głosie.

- Baine, Saurfang i inni ciągle zarzucają mi brak uwagi. Moi ludzie zarzucają mi poświęcenie zbyt duże zaangażowanie. Czegokolwiek nie zrobię, ktoś protestuje. Jak można tak rządzić? – pokręciła głową – Klątwa Vol’Jina i jego loa. Było mi pozostać w cieniu, gdzie mogłabym działać bez bycia przesłuchiwaną.

„I gdzie mogłabym robić to, na czym naprawdę mi zależy.”

Nigdy tego nie chciała. Dokładnie tak powiedziała Vol’Jinowi, podczas procesu, poprzedniego i wielce nieopłakiwanego wodza, Garrosha Hellscreama. Wtem nadszedł dzień, kiedy wraz z ostatnim oddechem Vol’jin wydał swój ostatni rozkaz. Tuż przed śmiercią doznał wizji od loa, których rady szanował ponad wszystko.

„Musisz wyjść z cieni i dowodzić.

To Ty musisz zostać Wodzem.”

Szanowała Vol’Jina, mimo ich niesnasek. Nie miał w sobie szorstkości, która charakteryzowała orkowych przywódców. Ogólnie też, było jej przykro że ten skonał. Nie tylko przez odpowiedzialność jaka na nią spadła wraz ze śmiercią trolla.

Nathanos był wystarczająco inteligentny aby wiedzieć, że nie należy jej przeszkadzać. Zmusiła się do spokoju. Taki był Nathanos, miał czelność mówić brutalne prawdy, co niezwykle ceniła.

- Kontynuuj.

- Z ich perspektywy – podjął łowca – byłaś filarem Undercity. To Ty ich stworzyłaś, Ty pracowałaś nad przedłużeniem ich egzystencji, byłaś dla nich wszystkim. Twoja promocja na Wodza Hordy była nagła, zagrożenie z jakim się zmagaliśmy tak ogromne i tak niespodziewane, że zapomniałaś zostawić po sobie kogoś kto by o nich zadbał.

Sylvanas przytaknęła, mogła to pojąć.

- Zostawiłaś za sobą lukę. A luki we władzy mają tendencje do bycia zapełnianymi.

Jej źrenice się rozszerzyły. Czy on mówił o zamachu? Sylvanas cofnęła się w myślach o kilka lat do zdrady Varimatrasa, demona którego wolę miała sobie podporządkować. Demon połączył siły z przeklętym Putressem, Opuszczonym, który opracował nową Plagę. Plagę, która była w stanie unicestwić zarówno żywych jak i nieumarłych. Plagę, która niemalże zabiła samą Sylvanas. Odbicie Undercity okupione było krwią. Jednak, mimo natrętnych myśli wierzyła, że jej czempion nie byłby tak spokojny, gdyby doszło do takich okropieństw.

Bezbłędnie odczytując wyraz jej twarzy, jak zazwyczaj, Nathanos pospieszył z wyjaśnieniami.

- Wszystko jest opanowane, moja Pani. Jednak podczas nieobecności jednego potężnego przywódcy, mieszkańcy Twojego miasta stworzyli radę, która ma zajmować się potrzebami poddanych.

- Rozumiem, rząd tymczasowy. To hm… dość rosądne.

- Nazwali się Desolate Council – znowu zawahał się na chwilę - Moja Pani, krążą plotki o Twoich przedsięwzięciach w czasie tej wojny. Część z tych plotek okazała się prawdą.

- Dotarły do nich wieści o moich staraniach na przedłużenie ich egzystencji. Niestety, zakładam, że dostali również wieści o tym, że Grenn Greymane zniweczył te nadzieje?

Zabrała swój statek flagowy – Windrunner, na wybrzeża Stormheimu na Broken Isles. Wszczęła tam poszukiwania Val’kyr, które byłyby w stanie wskrzeszać zmarłych. Była to, póki co, jedyna droga na powołanie większej ilości Opuszczonych.

- Byłam o krok od zniewolenia wielkiej Eyir. Dałaby mi swoje Val’kyr na całą wieczność. Żaden z moich poddanych nie umierałby po raz kolejny – zamilkła na moment – Ocaliłabym ich.

- To właśnie… jest problemem.

- Przestań owijać w bawełnę Nathanos. Przejdź do rzeczy.

- Nie wszyscy z Twoich poddanych pragną tego, czego ty pragniesz dla nich. Wielu z Desolate Council żywi zastrzeżenia dla tego pomysłu. – Jego twarz martwego mężczyzny, dobrze zachowana w wyniku rytuału jaki kazała przeprowadzać Sylvanas, wykrzywiła się w uśmiechu. – To ryzyko, które stworzyłaś dając im wolną wolę. Mają wolę aby się z Tobą nie zgadzać.

Jej brwi zbiegły się tworząc nieprzyjemny grymas na twarzy.

- Chcą zatem wyginąć? – uniosła się czując narastający w środku gniew. – Chcą gnić w ziemi?

- Nie wiem czego chcą – odpowiedział spokojnie Nathanos – Chcą rozmawiać z Tobą, nie ze mną.

Z zewnątrz dobiegło ich stukanie drzewca o podłogę. Sylvanas przymknęła oczy siląc się na zachowanie cierpliwości.

- Wejść – warknęła.

Jeden z orczych strażników wszedł do pomieszczenia i stanął na baczność z kamienną twarzą.

- Wodzu – zaczął – już czas. Twoi ludzie czekają.

„Twoi ludzie”. Nie. Jej ludzie nadal byli w Undercity, prowadząc spotkania na których, używając swojego daru – nowego życia i wolnej woli jakie im ofiarowała, odrzucają to co im ofiarowała.

- Wyjdę za chwilę – odpowiedziała, dodając, na wypadek gdyby strażnik nie zrozumiał aluzji – zostaw nas.

Ork zasalutował i wyszedł opuszczając za sobą skórzaną płachtę.

Nathanos, cierpliwy jak zawsze, czekał na rozkazy.

Wypełni je, była pewna. Mogłaby teraz rozkazać dowolnej grupie wojowników Hordy, nie będących Opuszczonymi, maszerować na Undercity i pojmać członków niewdzięcznej rady. Myśl ta była satysfakcjonująca, mimo iż nierozsądna. Musiała wiedzieć więcej, znacznie więcej zanim podejmie działania.

- Na razie zostawimy ten temat, są inne rzeczy które chciałabym z Tobą przedyskutować.

- Jak sobie życzysz Pani – odpowiedział Nathanos.

Wyszli na zewnątrz, gotowi by rozpocząć marsz. Sylvanas zadbała o to by nikt nie odnosił się do wydarzenia jako do „parady”, jeszcze zaczęto by oczekiwać wydarzenia na miarę tego organizowanego przez Garrosha. Varok Saurfang czekał na nią w sali głownej, wraz z weteranami i gwardią honorową. Sylvanas miała objechać miasto na jednym ze swoich szkieletowych koni, tak by inni przywódcy mogli dołączyć do niej po drodze. Nie przepadała za żadnym z nich, Varok jednak był tym do którego żywiła respekt. Był inteligentny, silny, zacięty i, podobnie jak Baine, lojalny. Było jednak coś w jego oczach co budziło jej niepokój, kiedy w nie spoglądała. Nabierała świadomości, że przy każdym potknięciu Saurfang może ją wyzwać lub nawet otwarcie się sprzeciwić.

Dokładnie tym spojrzeniem powitał ją, nie zrywając kontaktu wzrokowego, aż do momentu kiedy zgiął się w ukłonie i odsunął by ją przepuścić, sam zajął miejsce za nią.

Jak wszyscy inni powinni.

Sylvanas skinęła orkowi i skierowała się do oczekującego wierzchowca. Gładko wspięła się na jego grzbiet i pomachała tłumom zgromadzonym na ulicach Orgrimmaru. Ci wiwatowali niesieni entuzjazmem dnia.

Przywódczyni Hordy nie łudziła się, wiedziała że nie jest uwielbianym Wodzem. Jeśli o nią chodzi, nie interesowało jej dobro Hordy jako ogółu, wielkiego wysiłku wymagało skrywanie swoich prawdziwych uczuć i intencji w tej materii. Poprowadziła Hordę do wielkiego i niemalże niemożliwego zwycięstwa, i na tą chwilę, członkowie Hordy byli jej oddani.

Dobrze.

Nathanos jechał tuż obok niej, za nimi podążał Saurfang i jego gwardia honorowa. Na piaskowej drodze czekał oddział Krwawych Elfów i Forsaken którzy zamieszkiwali miasto.

Elfy odziane były w wyborne szaty w kolorze złota i czerwieni. Na czele stał przywódca Lor’themar Theron, dosiadający strusia o czerwonym pierzu. Ich spojrzenia się spotkały. Byli niegdyś przyjaciółmi. Służył wtedy pod jej komendą jako elfi łowca i walczyli razem, podobnie jak Nathanos. W przeciwieństwie jednak do Nathanosa, niegdyś człowieka, teraz bezbrzeżnie lojalnego Opuszczonego, Theron był lojalny głównie wobec własnego ludu.

Ludu, który był jej własnym.

Kiedyś.

Żaden z przywódców ras Hordy nie posiadał się z radości kiedy została mianowana Wodzem. Wszyscy to jednak zaakceptowali. Sylvanas zastanawiała się jedynie na jak długo i jak daleko mogła ich popchnąć.

Theron skinął głową. Będzie służył, przynajmniej teraz. Niechętna do przemówień, Sylvanas oddała ukłon i odwróciła się do Opuszczonych. Stali tam, cierpliwi jak zawsze. Przynajmniej Ci w stolicy byli jej ludem, nie zgrają rozczulających się nad sobą zdrajców mieniących się Radą Opuszczonych.

Nie mogła ich faworyzować, nie tutaj. Skinęła zatem tak samo jak Lor’Themarowi i sin’dorei, po czym zwróciła wierzchowca w stronę bramy. Elfy i Opuszczeni ustawili się w szeregu za nią, tak by nie tłoczyć się dookoła. Takie było jej żądanie, a oni wypełniali rozkazy.

Chciała mieć choć chwilę na prywatną rozmowę ze swoim czempionem.

- Musimy wypełnić skarbce Hordy – mamrotała do swojego czepmiona – potrzebujemy funduszy. I potrzebujemy ich – pomachała w stronę rodziny orków. Zarówno mężczyzna jak i kobieta nosili znamiona walki, jednak oboje się uśmiechali, a dziecko które trzymali na ramionach, by mogło zobaczyć Wodza, było pulchne i zdrowe.

Droga Sylvanas prowadziła przez alejkę ze sklepami zwaną Drag, potem do Valley of Honor. Drag – zaułek, nazwa która pasowała niegdyś do miejsca przylegającego do nie-tak-wykwintnej dzielnicy miasta. Do czasu Kataklizmu. Wraz tym przerażającym wydarzeniem, Drag, tak jak duża część Azeroth, zmieniła się. Tak jak Sylvanas Windrunner wyszła z cienia. Teraz blask rozświetlał zakurzone, ciasne uliczki. Miejsca o nieco lepszej reputacji, takie jak sklepy z odzieniem czy materiałami piśmienniczymi wyrastały w Drag jak grzyby po deszczu.

- Nie wiem czy dobrze rozumiem, moja Pani – powiedział Nathanos. Nie mieli wiele czasu na prywatne konwersacje. Wojna zabrała cały czas jaki mogli na nie poświęcić, każdego dnia, przez większość czasu otoczeni byli słuchającymi uszami. – oczywiście, że Horda potrzebuje swoich funduszy i członków.

- To nie członkowie Hordy są moim zmartwieniem. To armia. Postanowiłam jej nie rozwiązywać.

Odwrócił się w jej stronę.

- Myślą, że wrócili do domu – powiedział – Czy to nie prawda?

- Prawda, na tą chwilę – odpowiedziała – Rany potrzebują czasu aby się zagoić. Pola musza zostać obsiane. Jednak niebawem, ponownie wezwę dzielnych wojowników Hordy do kolejnej bitwy. Bitwy, na którą Ty i ja czekaliśmy od bardzo dawna.

Nathanos milczał. Nie uznała tego ani za zgodę ani sprzeciw. Często milczał. Nie nalegała, wiedziała że rozumiał czego pożądała.

Stormwind.